Strona w budowie... / Under construction...   

Ameryka Południowa 2012 
Najlepszy pomysł przed końcem Świata!  
WSTĘP
RELACJA
DZIENNIKI MALUCHOWE
GALERIA
Galeria FLICKr
MEDIA
SPONSORZY
KONTAKT
LINKOWNIA
1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42   43   44  

12.10.2012, Piątek

Budzimy się wcześniej niż zwykle i z niecierpliwością czekamy na telefon od brokera. Dzwoni! Za pół godziny musimy być w porcie. Pędzimy reggae-marszutką do centrum. Marszrutka trąbi i przepycha się z rowerzystami na drodze. Ci natomiast wygrażają pięściami i wykrzykują do kierowcy. Wysiadamy przy uzbrojonej w drut kolczasty bramie naszego spedytora. Kamery i fociaki w dłoń, bo dostaliśmy pozwolenie na kręcenie filmu. Ale nie pozwalają nam wejść na plac, bo formalności jeszcze trwają. Iluż ludzi nie miało by tu fajnej pracy gdyby nie te wszystkie formalności. Ekipa wegetuje więc w poczekalni. Wreszcie wydają nam kaski ochronne i powalają wejść na plac, gdzie przechowywane są kontenery. Siedząc na pognitym pomoście, obserwujemy jak toczy się rozładunek towarów. Pod nami setki żerujących w śmieciach krabów, a gdzieś w tle widnieje biały, duży kontener. Aby się do niego dobrać, muszą przestawić szereg małych. Czekamy... Po godzinie ustawiają nasz biały kontener i otwierają wrota. Cztery żółte bestie w nienaruszonym stanie czekają na właścicieli. Tniemy taśmy i sznurki. Wyciągamy Jawę, później zjeżdżają Trabanty i na końcu Maluch. Odpala od kopa!!! Celnicy polecają by zgrupować sprzęt w jednym miejscu, gdyż muszą wyprodukować kolejne papiery, zanim pozwolą nam wyjechać z portu. Musi to potrwać kolejną godzinę. By ułatwić sobie nudny portowy żywot, uciekamy na ową godzinę do miasta na małe zakupy. Od paczki odłącza się Czech - Zdenek, bo w biednej portowej dzielnicy znalazł ciekawy materiał do filmu. Na georgetown'skim targu udaje się zakupić kilka fantów, łącznie z nowymi, chińskimi okularami do Slowride'u. Stare przepadły gdzieś w Wenezueli. Dredziaści lub czarni handlarze oferują rozmanę walut, podrabiane przeboje na CD, pirackie filmy na DVD, chińskie podkoszulki, piwo i wodę z lodu. Wszystko, czego dusza zapragnie! Wózki z głośnikami sieją beat'em z każdego winkla ulicy. Wracamy do portu. W poczekalni Dan składa połamany, zakrwawiony aparat fotograficzny. Co się stało? Zdenka pobili i chcieli zabrać mu kamerę. Jeszcze przedwczoraj zbijaliśmy się z wyolbrzymionych komunikatów dotyczących niebezpieczeństwa na ulicach Gujany, później wybuchła rebelia, a dzisiaj biją nam kumpla. Pojawia się i Zdenek z opuchniętą i zakrwawioną twarzą. Bandyci na szczęście nie mieli noży. Sygnety i pierścionki odcisnęły się dość skutecznie na głowie czerwonymi śladami zadrapań i cięć. Załatwiamy mu lód, który przykłada do opuchniętej głowy. Zabryzgane krwią spodnie, podkoszulek, kamera, nie była to zwykła przepychanka, ale nie oddał im ani centa, ani gadżetu.

Tragiczne chwile przesłania moment podbicia ostatniego stempla i odprowadzenia ostatniej opłaty. Cała ekipa wskakuje do maszyn. Odpalamy motory i cygara! Pamiętaj, jedziemy pod prąd... i trąbisz na wszystkich - rzucam do Radka który jako pierwszy mierzy się z lewostronnym ruchem i bezprawiem ulic Georgetown. Taka tu recepta na przetrwanie.



1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42   43   44