Strona w budowie... / Under construction...   

Ameryka Południowa 2012 
Najlepszy pomysł przed końcem Świata!  
WSTĘP
RELACJA
DZIENNIKI MALUCHOWE
GALERIA
Galeria FLICKr
MEDIA
SPONSORZY
KONTAKT
LINKOWNIA
1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18   19   20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  

18.09.2012, Wtorek

Budzi nas poranne słońce zaglądające przez kotarę. W oczy uderza ład i porządek na ulicach. Hugo na plakacie ubrany w kask budowlańca kompletuje właśnie osiedle dla 200 rodzin. Można odnieść wrażenie że się jest w innym kraju, jakimś solidniejszym. Jak głoszą plakaty wyborcze „socialism = efficientcia”. Może to mniej komiczne w przypadku Meridy niż innych napotkanych miejscowości, ale my już swoje wiemy, jaką to wydajność, socjalizm ludowi przynosi. Nie oszukają nas tak łatwo. Na dworcu biorą nas za „alemánów naciągając na kilkudniową wyprawę w góry. Za to również dziękujemy! Na skrzynce mailowej wciąż brak wiadomości od Paula. Zapraszają nas natomiast couchsurferzy z Meridy! Umawiamy się o 17:00 na ichniejszym rynku zwanym „Plaza Bolívar”. Simón Bolívar oswobodził szereg współczesnych krajów ameryki południowej z kolonialnego jarzma Hiszpanów. Dlatego wszystkie centralne place miejskie w Wenezueli (często zaprojektowane przez Hiszpanów lokujących tu swoje kolonialne miasta) zostały nazwane imieniem Bolívara. Nie inaczej jest podobno w Boliwii, Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Z tego samego powodu płacimy tutaj boliwarami wydanymi przez Bank Centralny Boliwariańskiej Republiki Wenezueli. Bez boliwarów ani rusz w Wenezueli. Mają boliwary natomiast ten mankament ze tracą na wartości dosyć prędko, co się inflacyją zowie. Socjalistycznie efektywny bank próbuje zaradzić zawirowaniom rynkowym usztywniając jego kurs do US dolara co sprawia że czarny rynek handlu waluta kwitnie. Kto nie wie jak to działa niech zapyta rodziców jak to było z dolarami za komuny!

17:00, czekamy na naszego gospodarza Carlosa. Z tłumu wyłania się inna znajoma twarz. Amerykanin Paul! Świat jest cholernie mały.

Paul nie ma telefonu. E-mailowo odpisał nam po czasie i teraz zupełnie przez przypadek spotykamy się w centrum dużego miasta. Wkrótce dołącza do nas couchsurferowy gospodarz. Carlos i jego znajomi to całkiem kumaci kolesie. Dla nich świat polityki nie jest czarny, ani biały (ani czerwony), lewy ani prawy. Postawa taka wydaje się być racjonalna w kraju gdzie pojęcia i znaczenia wymieszane są jak ciasto do arepy. (Arepa to taki placek z mąki kukurydzianej, wody i ewentualnie różnych dodatków. Podstawowy składnik diety Wenezuelczyków). Ta ekipa jest przykładowo pro‑chávezowska, ale chłopaki głęboko odcinają się od ślepego kultu osoby Huga, a wręcz martwią się, co się stanie z cała rewolucyjną ideą, gdy go zabraknie! Opowiadają sporo o wenezuelskiej rzeczywistości, o realnych problemach kraju, korupcji i biedzie. Są dumni z tego ze dziś nikt w Wenezueli nie głoduje, a kilka lat temu było to powszechne. Opowiadając o procesach przemian i głębszej idei rewolucyjnej prowadzą nas na nowocześnie zaprojektowany, bardzo ciekawie zaaranżowany i na dodatek czysty przystanek autobusowy. Taki ładny, że aż pilnują go specjalni strażnicy. Zabiera nas stamtąd czysty i świeży autobus Mercedesa‑Benza. Ta eksperymentalna linia kursuje za darmo w imię idei rewolucyjnej - dla obywateli.

Alemáni musieli maczać w tym palce!



1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18   19   20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42  43  44