Strona w budowie... / Under construction...   

Ameryka Południowa 2012 
Najlepszy pomysł przed końcem Świata!  
WSTĘP
RELACJA
DZIENNIKI MALUCHOWE
GALERIA
Galeria FLICKr
MEDIA
SPONSORZY
KONTAKT
LINKOWNIA
1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12   13   14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42  43  44  

13.09.2012, Środa

Wspaniały dzień, dziś powinno nam się udać wydostać z Trynidadu. Wcześnie rano o 5 zanim zrobi się tłoczno pędzimy na dworzec busów w Port‑of‑Spain. Bilety w dłoni! Ostatnie dolary trynidadzkie przeznaczone na busa. Dojeżdżamy do doku. W okienku, przyjmują, podbijają pieczątką, uprzejmie zapytując o „departure tax”, równowartość jedynych 12 USD (musimy taki podatek koniecznie wprowadzić w Polsce, wtedy państwo będzie mniej narażone na straty spowodowane przekraczaniem granicy przez obcokrajowców). W kolejce udaje się znaleźć kogoś kto rozmieni nam całą stówę na coś drobniejszego. Tak poznajemy Paula. Amerykanin z Karaibów wyraźnie rozumie naszą konsternację niejasnymi przepisami i pomaga nam rozmienić pieniądze. Wreszcie okrętują nas na małą łajbę. Jedno pomieszczenie klimatyzowane z barem dla wszystkich. Sprite z lodem w cenie biletu. Nie jest źle! Bierzemy Sprite z dolnego pokładu i dolewany Trynidadzkiego rumu na górnym. Zabieramy ze sobą Paula! Rozlewamy rum na jednym z monumentalnych głośników stanowiących wyposażenie każdego pojazdu mechanicznego w Trynidadzie, również statku. Godzinny rejs mija jak z bata strzelił. Plecy czerwone od słońca, a butelka po wyspiarskim przysmaku szybko robi się pusta. Łajba zawija do portu w miejscowości Güiria. Nie wypuszczają nas na zewnątrz, bo celnicy z Wenezueli jeszcze nie dotarli na miejsce. Po kwadransie jeden pickup przywozi plastikowy stół i krzesła, po kolejnych piętnastu minutach, następny wóz przywozi prowizoryczny namiot. Kolejny kwadrans poświęcony jest na rozkładanie tegoż namiotu, a w kolejnym zaczynają zjeżdżać się oficjele. Po godzinie zaczynają przeprowadzać odprawę która trwa - kolejną godzinę. W środku, w tym czasie robi się nerwowo. Wreszcie opuszczamy łajbę. Nie sprawdzają nawet naszych bagaży w przeciwieństwie do „lokesów”. Güiria wcale taka piękna nie jest. Można by rzec że panuje tu znaczy bałagan, większy niż w Trynidadzie. Od razu rzucają się w oczy potężne amerykańskie samochody z lat '70 i '80‑tych. Udaje się nam dostać bilet na nocny autobus do Caracas. Odjeżdża za godzinę. Wraz z Amerykaninem chowamy się do pobliskiego baru. Większej speluny jeszcze nie widziałem. Honorowe miejsce w rogu zajmuje TV. Serial typu opera mydlana. W kącie stół bilardowy, pod ścianą długa sfatygowana lada. Plakat: piwo po szóstaka wisi na ścianie. Tyle z menu. Wychylam się przez drzwi od knajpy, by złapać w obiektyw przejeżdżającą furę. „Passporte!” słyszę. Do knajpy wparowuje za mną trójka umundurowanych (jeden z automatem). Sprawdzają nam wszystkim paszporty. „Turista, Polonia” wyjaśniamy. Przyglądają się paszportom. Jeden ze strażników ma mniej niż 20 lat. Oboje z Radkiem mamy rosyjskie wizy sprzed kilku lat. Przyglądają się im z uwaga. Wreszcie wypadają z knajpy równie szybko jak się pojawili. Uff!

Na dworcu woła do nas jakaś znajoma, czarna twarz. To facet który płynął z nami na łódce. Próbuję dowiedzieć się jak kupić bilet do Caracas! „Lejdi liw blu tiszert!” Wskazujemy. Nie ma tu jakiejś konkretnej kasy. Pewni ludzie sprzedają bilety na pewne autobusy parkujące przy skwerze w centrum miasta. Ciuciubabka! Wreszcie pakujemy się na tył autobusu okupując ostatni rząd siedzeń. Ludzi przybywa. Będą stać lub siedzieć na schodku jak nasz czarny ziomek z lodki. Paul gruchną śmiechem, jesteś pierwszym czarnym miedzy moimi nogami rzuca do ziomka z Trynidadu! Ryjemy na maxa! Jedzie z nami również hindus. Też kojarzymy go z promu. Słyszał że dziewczyny w Wenezueli są świetne i wybrał się, by jakąś zapoznać. Czarny z kolei wypytuje o nasze profesje, i chce zaangażowania w biznesy. £10000, mówi za walizkę koksu do Londynu! Dobra cena, nie!? Nikt nie sprawdza! Wysiadasz z samolotu! £10000!, wpadniecie po towar jak załatwię? Kolejna chóralna salwa śmiechu. Przez kilka minut nie możemy się powstrzymać od wycia! Handlarz się zamotał. Wydaje się za to ze Paul będzie doskonałym towarzyszem podróży! Całą noc katują nas latino‑przebojami. Po setnej jednakowo brzmiącej piosence, Amerykanin zauważa: to moja ulubiona! Wenezuelczycy nie koniecznie znając sens żartów podłapują humor.

Kiedy późno w nocy zaczyna dokuczać chłód i pęd wiejącego powietrza, handlarz koksem pożycza swój płaszcz pod którym się chowa cala nasza trojka.



1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12   13   14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42  43  44