Strona w budowie... / Under construction...   

Ameryka Południowa 2012 
Najlepszy pomysł przed końcem Świata!  
WSTĘP
RELACJA
DZIENNIKI MALUCHOWE
GALERIA
Galeria FLICKr
MEDIA
SPONSORZY
KONTAKT
LINKOWNIA
1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42  43   44   

Gujana: z Georgetown do Lethem

Gujana została wybrana ze względu na dogodną lokalizację portu w Georgetown, oraz stanowiący nie lada wyzwanie, ale bardzo malowniczy odcinek trasy z Georgetown do granicy z Brazylią. Kiedy wybór padał na Gujanę, nie mieliśmy jeszcze świadomości, że ten piękny kraj sprawi nam utrudnienia natury formalnej. Georgetown, to kulturowo bardzo zróżnicowane i interesujące miasto. Georgetown bywa niebezpieczne dla turystów którzy się zapuszczają w mroczne portowe zaułki. Przekonaliśmy się o tym na własnej skórze, kiedy napadnięto jednego z naszych kolegów, by odebrać mu kamerę wideo. W czasie, gdy oczekiwaliśmy na nasz kontener, w mieście doszło również do zamieszek. Na ulicach palone były opony i samochody.

Mimo wszystko czas spędzony w Georgetown pozwolił na aklimatyzacje i zapoznanie się z resztą zespołu. Jest nas ośmioro, z trzech rożnych krajów. My -Polacy w Maluchu, Czesi w dwóch Trabantach i Słowak na Jawie 250. Ekipę złożyliśmy z pasjonatów, ludzi uwielbiających stare pojazdy i podróże, oraz zespołu filmowców i fotografów zbierających materiał do filmu dokumentalnego o naszej wyprawie.

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631740975388/

Długo czekaliśmy na dzień, w którym otworzone zostaną drzwi naszego kontenera. Celnicy chcieli oclić nasze auta, tak jakby miały być importowane do kraju w celu rejestracji. Nikt nie chciał nam wydać tymczasowego dokumentu importowego, który pozwoliłby uniknąć kosztów absurdalnie wysokich ceł. Nawet nasz broker, doskonale orientujący się w lokalnych procedurach, nie mógł przebić się przez ścianę biurokracji. Próbując rożnych dróg dotarliśmy do ministerstwa ds. turystyki, czeskiego konsula honorowego, a nawet gujańskiego MSZ. Dzięki osobistej interwencji Pani Minister Spraw Zagranicznych, żółte bestie zostały uwolnione z kontenera. Nie był to jednak koniec problemów. Na domiar złego zaginął nam polski paszport. W Gujanie nie ma żadnych polskich służb dyplomatycznych, dlatego zwróciliśmy się o pomoc do wenezuelskiej ambasady. Pierwszy jednak z pomocą przyszedł brytyjski konsulat, który wydal nam emergency travel document, który pozwoli na dokończenie rajdu, i powrót do europy mojego kompana -Radka.

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631759105988/

Wspominając jazdę: Przybyliński ponad 500km szutrów prowadzących przez dżunglę i sawannę. Dziurawa, czasami rozmyta i spękana nawierzchnia była bezlitosna dla zawieszeń samochodów. Drobne awarie i komplikacje należały do codzienności, ale rozwiązywanie ich było o wiele przyjemniejsze niż walka z biurokracją. W czasie przeprawy prze Gujanę musieliśmy się wyposażyć w zapasy wody i paliwa ze względu na ogromne dystanse miedzy stacjami paliw, rzędu 500km. Pojazdy musieliśmy transportować na barce, by przekroczyć rzekę EssequiboKupukari. Kilka dni jazdy trasą między Georgetown, a Lethem przypłaciliśmy jedynie poluzowanym łożyskiem przedniego koła. Od początku owej trasy, aż do dziś, ciężko pozbyć się masy pomarańczowego kurzy ze środka kabiny.

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631820404692/

Brazylia: ManausTransamazonika

Pierwszą strefę serwisową zorganizowaliśmy w Boa Vista. Obejmowała wymiany filtrów, oleju, smarowanie zwrotnic i mycie komory silnika.

W Boa Vista mieliśmy okazję zweryfikować wszystkie stereotypowe wizje dotyczące Brazylii. Zachwyciliśmy się brazylijską kulturą i stylem życia.

Z Boa Vista, bardzo malowniczą drogą, wiodącą przez rezerwat Indian kierowaliśmy się do Manaus. Kilkaset kilometrów przez zupełnie dziewicze tereny po gładkim asfalcie.

W Manaus przeprawiliśmy się barką przez największą rzekę świata, by rozpocząć zmagania z BR‑319.

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631900188783/

Legendarna Transamazonika, bo o niej tu mowa, oznaczona jest numerem drogi: BR319 i łączy miasta Manaus i Porto Velho.

Okoliczni mieszkańcy dobrze wiedzą o jej istnieniu, lecz niewielu nią podróżowało. Próbując zasięgnąć od nich informacji o trasie spotkaliśmy się z różnymi opiniami, każdy jednak twierdził że będzie ciężko z takimi małymi autami. Mieli rację. Trakt wybudowany został w latach siedemdziesiątych i prostą linią przeciął puszczę. Rzadko jednak uczęszczany i naprawiany popadł w ruinę. Dziś na połowie swojej długości nie przypomina już normalnej drogi. Rozmyta podbudowa, sterczące strzępy asfaltu, głębokie dziury i wyrwy, obsuwające się pobocza ciągną się przez blisko 400km. Najbardziej niedostępna i niebezpieczna jest BR‑319. Podczas deszczu staje się piekłem nawet dla dużych terenowych pojazdów. Uroku transamazonice dodają stare drewniane, często zbutwiałe mosty, które mogą zawalić się nawet pod ciężarem samochodu osobowego. Minęliśmy ich sto kilkadziesiąt, a na felerny most trafiła załoga czeskiego Trabanta, którego musieliśmy wyciągać z rozpadliny.

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631900235203/

Zmagania z BR‑319 trwały cztery dni. Trudność polegała na dobraniu zapasów prowiantu, wody i paliwa, tak by udało się bezpiecznie przejechać odcinek, bez przeciążenia samochodów. Na trasę wyruszyliśmy z załadowanym po brzegi bagażnikiem dachowym, gdzie umieściliśmy 60 litrów paliwa, 25 litrów wody pitnej, blisko 15kg części zamiennych i koło zapasowe. Podobnie nasi przyjaciele z Czech, którzy dodatkowo zabrali ze sobą specjalne trapy pod koła, umożliwiające wyciąganie samochodów z błota i latanie dziurawych mostów. Już pierwszego dnia na BR‑319 postanowiliśmy zdemontować pokrywę silnika w Fiacie ze względu na chłodzenie. Motory wszystkich naszych pojazdów są chłodzone powietrzem. Przy temperaturach rzędu 30‑35śC, i ciężkich warunkach terenowych spalanie detonacyjne praktycznie uniemożliwiało jazdę maluchem.

Z identycznym problemem borykały się Trabanty. Kolejne dni przynosiły kolejne problemy. Trabanty miały problem z blokującymi się hamulcami, a maluch pozbawiony płyty pod silnik ze względu na chłodzenie zbierał ciosy od BR‑319 na swój tłumik. Jazdy nie ułatwiała ulewa, która sprawiała, że pokonanie każdego kilometra przychodziło z ogromną trudnością. To właśnie silny deszcz zmusił nas do wypróbowania dynamicznej liny przeznaczonej do wyciągania samochodów z błota.

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631900708104/

Pod koniec trzeciego dnia przeprawy zauważyliśmy wyciek oleju z pod silnika. Okazało się, że awaria jest poważna, bo nisko i sztywno osadzony tłumik uszkodził blok silnika na skutek uderzenia o nawierzchnie. Naprawę musieliśmy zorganizować w miejscu gdzie nie można się było opędzić od wybitnie natrętnych much i komarów. Pękniecie bloku silnika wyczyściliśmy śliwowicą i zakleiliśmy klejem epoksydowym. Dla ochrony przed kolejnym uderzeniem zdemontowany został tłumik, a wmontowane zatyczki do uszu. Od tego momentu kontrolka stanu oleju była obserwowana nieustannie. Do najbliższego „uczciwego” serwisu w Porto Velho mieliśmy 300km. Na osłabionym przez brak tłumika silniku musieliśmy przejechać ten ogromny dystans. Mieliśmy świadomość w jakich warunkach pracuje nasz motor, wiec próbowaliśmy jechać delikatnie. Skierowaliśmy też strumień ciepłego powietrza do środka kabiny by ulżyć w chłodzeniu „ślimaka”... :‑)

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631900293297/

Do okolic pierwszego napotkanego miasta Humaitá dojechaliśmy na końcówce zapasów wody i z resztkami zapasów benzyny. O ekonomicznym spalaniu w takich warunkach można było zapomnieć. Maluch spalał około dziesięciu litrów, a trabanty prawie 14l/100km. Jeszcze na promie, przez rzekę Madeirę w Porto Velho, poznaliśmy ludzi którzy dali nam namiary na odpowiednich specjalistów. Zatrzymaliśmy się w Porto Velho na dłużej i zabraliśmy się za serwis motoru u poleconego człowieka, właściciela serwisu wielkich diesli na przedmieściach. Okazało się że blok motoru się nie rozleciał i ze poradzimy sobie z jego spawaniem. Trzy dni później okazało się jednak ze morderczy odcinek bez tłumika wypalił nam uszczelkę pod głowicą. Byliśmy zmuszeni odwiedzić warsztat po raz drugi i rozebrać silnik jeszcze raz. Z nadzieją że efekt motyla został powstrzymany. Przygotowujemy się do wspinaczki na andyjskie przełęcze w Peru.

W dniu wyjazdu zerwałą się szpilka osadzona w głowicy i po raz trzeci musieliśmy się zmierzyć z naprawą motoru... do trzech razy sztuka...

http://www.flickr.com/photos/slowride_expedition/sets/72157631926549280/

www.facebook.com/SlowRideSA

oraz

www.DZICZ.pl



1  2  3  4  5  6  7  8  9  10  11  12  13  14  15  16  17  18  19  20  21  22  23  24  25  26  27  28  29  30  31  32  33  34  35  36  37  38  39  40  41  42  43   44