Rajd Lajkonika 2008 
Maluchami do Mongolii  
O NAS
PRZYGOTOWANIA
RELACJA
GALERIA
PO POWROCIE
MEDIA
SPONSORZY
KONTAKT
LINKOWNIA
1   2   3  4  5  6  7  8  9  
Już 3000km...

Panie i Panowie, załoga Rajdu Lajkonika pokonała już 3000 km! Zacznijmy od miejsca w którym skończyliśmy ostatnią relację - od przyjazdu do miasta Wołgograd.
Po noclegu w mieszkaniu naszego gospodarza Siergieja, wyruszyliśmy na zwiedzanie miasta. Pierwszym punktem było muzeum bitwy o Stalingrad. Jest to sporych rozmiarów gmach zlokalizowany u wybrzeży Wołgi. Zwiedzanie wzbudza mieszane uczucia. Z jednej strony imponujące zbiory broni i urządzeń wojskowych rozmieszone w przypominających labirynt korytarzach, wprawiają w osłupienie i skłaniają do refleksji na temat rozmiaru prowadzonych w tamtych czasach działań wojennych i związanych z nimi przemysłem oraz logistyką. Z drugiej strony mamy liczne rekonstrukcje działań na froncie okalającym miasto i widzimy mordujących się nawzajem ludzi. Zamysłem budowy muzeum była zapewne chęć gloryfikacji bohaterów poległych w obronie ojczyzny i miasta oraz propagandowe uwypuklenie potęgi i zasług Związku Radzieckiego.
W moim odczuciu jest to nic więcej jak tylko dobitne ukazanie ludzkiego okrucieństwa, chciwości i idiotyzmu jakim jest wojna. Miliony ludzi którzy się nie znają, którzy nie wiele o sobie wiedzą są sterowani i oszukiwani w celu walki, zabijania i produkcji coraz to nowszych karabinów. Nie ma znaczenia która to wojna i o co jest toczona, bo zjawisko wojny towarzyszy człowiekowi odkąd tylko zaczął stąpać po ziemi i zawsze ma podobne przyczyny. Jak to ujął jeden przykurczony staruszek obsługujący nas na stacji benzynowej przed Wołgogradem - polityka to tam wysoko na górze, a my żyjemy tu na dole - i życzył nam wszystkiego dobrego.

Po opuszczeniu muzeum spacerowym krokiem poszliśmy wzdłuż prospektu biegnącego równolegle do Wołgi i oczom naszym ukazał się największy jaki widzieliśmy pomnik Lenina. Pomimo upływających lat drań dobrze się trzyma i swoim rozmiarem robi wrażenie na przechodniach. Gołębie i tak wiedzą swoje, my zatrzymaliśmy się na króciutko parę fotek i idziemy dalej. Wałęsając się powoli po mieście dotarliśmy do mieszkania Siergieja i tam po krótkim odpoczynku udaliśmy się jego autem na dalsze zwiedzanie. Swoim Land Cruiserem Siergiej najpierw zabrał nas pod Kurhan Mamaja. Jest to kopiec, najwyższy punkt Wołgogradu, który odegrał strategiczne znaczenie podczas bitwy. Na kopcu znajduje się monumentalny pomnik Mateczki Rosji - jest to gigantycznych rozmiarów statua kobiety trzymającej w ręku miecz i stojąca w pozycji wzywającej do walki. W pobliżu kurhanu znajduje się okrągły budynek z płonącym w środku wiecznym ogniem, na ścianach wypisane w kolumnach dziesiątki tysięcy nazwisk ofiar bitwy. Całość znajduje się w przepięknym parku, pełnym zieleni i alejek z bujną roślinnością.
Dalej nasz przewodnik zawiózł nas do lokalnego browaru gdzie mogliśmy popróbować dwóch gatunków miejscowego piwka. Całkiem niezłe ;)
Kolejny punkt zwiedzania to godzinna wycieczka barką wzdłuż Wołgi, podczas której mieliśmy przyjemność podziwiać miasto nocą. Na tym zakończyliśmy zwiedzanie dawnego Stalingradu i udaliśmy się na kolejny nocleg u Siergieja.

Kolejnego dnia ok. 10 rano wyruszamy w kierunku Samary. Cały dzień upływa na przemierzaniu trasy, maluszki bez zarzutu pokonują kilometry po rozgrzanym do niemożliwości asfalcie. Drogi w Rosji nie są wcale takie złe, przynajmniej na razie, ponoć za Uralem ma być gorzej. Podziw wzbudza w nas krajobraz przesuwający się za szybami naszych samochodów. Szosa prosta jak okiem sięgnął, a po czterech stronach świata, aż po horyzont rozciąga się step. Niecodzienny widok. Przez otwarte okna bucha rozżarzone powietrze, po kilku godzinach jazdy przyprawiające o ból głowy. Ukojenie przynosi dopiero chłodna noc spędzona za Saratowem na stepie pod rozgwieżdżonym niebem.

Kolejnego dnia ruszmy na trasę ok. 7 rano. W maluszku Damiana i Jana pojawił się problem ze skrzynią biegów. Przestał działać drugi i wsteczny bieg. Z racji że bez tego da się jechać postanowiliśmy podjąć działania naprawcze dopiero jak znajdziemy jakiś najazd dla samochodu. Takowy trafił się nam w miejscowości Swizań (jest to zapis fonetyczny tego co powiedział nam jeden mieszkaniec, niestety żaden z nas nie potrafi rozszyfrować zapisu tej nazwy w cyrylicy). Po zaglądnięciu pod spód auta okazało się że odpadła śruba mocująca skrzynię biegów do podwozia i to było przyczyną nie działania dwóch biegów. Fiat Made by Damian J. Przy okazji skontrolowaliśmy poziom oleju w skrzyni, okazało się że jest niski. Wsiedliśmy w jednego maluszka i ruszyliśmy w miasto w poszukiwaniu oleju. Przypadek zaprowadził nas wprost pod drzwi salonu samochodowego Aleksandra. Aleksandr, jak nam się przedstawił elegancko wyglądający biznesman, bardzo się ucieszył na widok malucha i Polaków gdyż ma przyjaciela w Szczecinie a w Polsce robił interesy. Załatwił nam parę litrów oleju prosto z beczki, o zapłacie nawet nie chciał słyszeć. Wymieniliśmy z nim kilka zdań i wróciliśmy do zaimprowizowanego przy drodze warsztatu. Ja zmieniałem olej w skrzyni żółtego maluszka, a Marcin przeprowadził mały remont gaźnika w czerwonym, ponieważ trochę z niego ciekło i samochód palił ponad 7 litrów na 100 kilometrów, co przy wyniku poniżej 6 litrów pozostałych trzech jest dość znaczącą różnicą. Po skończeniu zabawy z żółtym maluchem, stwierdziliśmy że skoro już mamy najazd do dyspozycji to zaglądniemy co dzieje się pod pozostałymi samochodami. Była to całkiem słuszna decyzja gdyż w białym maluchu okazało się że przetarły się mieszki osłaniające przeguby napędowe, przez pęknięcie uciekał smar i dostawały się piasek, pył, woda i inne zanieczyszczenia mogące doprowadzić do zatarcia się przegubów[1]
W chwili gdy zorientowaliśmy się że zabrane przez nas mieszki na zapas nie pasują, naszym oczom ukazał się poznany niedawno Aleksandr. Zaparkował swoją terenową furę obok naszego najazdu, rozeznał się w sytuacji, zaprosił mnie i Czusa na pokład swojej maszyny i ruszyliśmy razem w poszukiwaniu mieszków. Niestety okazało się że rosyjska myśl techniczna znacznie odbiega od polskiej i nie udało nam się znaleźć nic podobnego. Ale jak to w maluchu - gdy brakuje części zamiennych pomocna okazuje się taśma klejąca. W czasie gdy my z Aleksandrem jeździliśmy po mieście w akompaniamencie puszczanych przez niego Rolling Stones'ów i Ozzy Osbourne'a chłopaki zrobiły fachową regenerację mieszków i maluch był gotowy do drogi. Na końcu pomarańczowy maluszek - mój i Marty, z nieukrywaną dumą przyznaje - nic do zarzucenia.

Na podjeździe spędziliśmy prawie cały dzień, pod wieczór opuściliśmy miasto w poszukiwaniu noclegu na łonie natury.

[1] wtajemniczonym w tematykę maluchową przypomnieć pragnę że nie mamy tradycyjnych zabieraków i przegubów elastycznych, ale specjalne, wzmocnione przeguby typu Triod które wymagają dobrego smarowania.

tekst R.L.


1   2   3  4  5  6  7  8  9