Rajd Lajkonika 2008 
Maluchami do Mongolii  
O NAS
PRZYGOTOWANIA
RELACJA
GALERIA
PO POWROCIE
MEDIA
SPONSORZY
KONTAKT
LINKOWNIA
 1   2  3  4  5  6  7  8  9  
Pierwsza relacja
12.08.2008 późny wieczór - dotarliśmy do Wołgogradu!!! Maluszki spisują się świetnie, załoga również.

Ale przejdźmy może do początku naszej opowieści.

Z powodu długiego czasu dogrywania różnych spraw technicznych i organizacyjnych dwie ekipy Rafał i Marta w pomarańczowym maluszku oraz Dorota i Wrotek w czerwonym opuściły Wieliczkę 06.08.208 a dwie kolejne czyli Czus i Marcin w białym bolidzie oraz Damian i Jano w żółtym dzień później. W pomarańczowym maluchu po przejechaniu ok. 50 km od Wieliczki strzeliła guma. Jako że nie mieliśmy ze sobą lewarka do podniesienia auta, zatrzymaliśmy przejeżdżający samochód, kierowca pożyczył nam podnośnik i cala sprawa potrwała 20 minut - dobry znak - żeby później szło równie dobrze! Kolejny dzień spędziliśmy w domu Marty w Nowosielcu koło Niska czekając na resztę ekipy, załatwiając ostatnie sprawy i oddając się pełnemu relaksowi w uroczej scenerii podkarpackich lasów. 08.08 ruszyliśmy w końcu na wschód! Na przejściu w Medyce stanęliśmy ok. 8:30 rano by cztery godzinki później wjechać swobodnie na terytorium Ukrainy. Po dosłownie 20 minutach jazdy pomarańczowego maluszka zatrzymał pan policjant i poinformował kierującego nim Rafała że poruszał się z prędkością 60km/h po terenie z ograniczeniem do 30. W podzięce za udzielenie tak cennej informacji przyjął dar z Polski w wysokości 20USD i powiedział żeby do Lwowa już się nie przejmować jego kolegami po fachu. Reszta dnia upłynęła pod znakiem nadrabiania straconego czasu i pokonywania trasy. Minęliśmy Lwów, i kierując się w stronę Kijowa jechaliśmy dopóki nie zastał nas zmrok. Pierwszy obóz rozbiliśmy w przypadkowo odkrytym w lesie nieopodal szosy ośrodku wczasowym dla ukraińskich dzieci. Zapaliliśmy ognisko i dzieliliśmy się refleksjami na temat przeżytego dnia.

Przede wszystkim wszyscy zgadzamy się co do jednego - większość ukraińskich kierowców powinna dostać medal za odwagę. Załatwiając sprawy niezwykle ważne dla życia społecznego oraz ekonomicznego kraju takie jak codzienny dojazd do pracy, na spotkanie z rodziną czy do pobliskiego "magazynu" po zakup flaszki niejednokrotnie narażając życie swoje oraz współużytkowników drogi, wyprzedzając na trzeciego środkiem drogi, poboczem, na łuku, pod górę, na podwójnej ciągłej, z racji niezwykłej oszczędności i gospodarności oczywiście wszystko to bez świateł - nawet po zmroku, działają dla wspólnego dobra narodu pchając gospodarkę każdego dnia naprzód. Ci bohaterowie powinni zostać jakoś odznaczeni… najodważniejsi z nich mają już swoje ordery w postaci stojących przy drogach krzyży.

Drugie spostrzeżenie jest takie że Ukraina faktycznie przygotowuje się do mistrzostw 2012. Powstają nowe drogi, remontowane są stare odcinki generalnie coś się dzieje. Podobnie jak nasi drogowcy na 2112 powinni się wyrobić.

Kolejnego dnia wstaliśmy skoro świt, zatarliśmy ślady naszej nocnej obecności w ośrodku i w towarzystwie siąpiącego deszczu wyruszyliśmy w dalszą trasę. Dzień na drodze zaczął się od spotkania z jak to mówią koledzy z sieci CB - "miśkami". Tym razem stróżowi prawa nie spodobało się że na liczącym 5 kilometrów prostym odcinku drogi, czerwony maluch prowadzony przez Wrotka nie zatrzymał się przed znajdującymi się na środku tego odcinka pasami dla pieszych. Według niego powinien stanąć, popatrzyć czy nikt nie idzie i dopiero ruszyć dalej - no cóż, co kraj to obyczaj. Za tą krótką lekcję kultury na ukraińskich drogach zapłaciliśmy skromną opłatę w wysokości 10USD i 20 hrywien.

Ciekawostką jest to że mijani po drodze polscy kierowcy widząc jadące w szpalerze 4 maluchy mówią "o to pewnie te co do Mongolii jadą" i życzą nam szerokiej drogi ;)


O godzinie 16 wjechaliśmy do Kijowa, zrobiliśmy króciutki objazd miasta, kilka fotek i lecimy dalej na Charków. Nocleg w przydrożnym lesie, pyszna kolacja w postaci kaszy i mięsa ugotowanych nad ogniskiem.

Pobudka, śniadanie i znów na trasie. Na 1060 kilometrze od startu pierwsza akcja z majsterkowaniem przy maluchach. Biały maluch Czusa i Marcina nie podołał kilogramom załadowanym na pokład i zadecydowaliśmy że trzeba założyć nowe sprężyny zawieszenia. Po zmianie znaczna poprawa, jedziemy dalej, lecz po kilku kilometrach okazuje się że w maluchu Wrotka i Doroty wystąpił problem z paliwem i należy zmienić uszczelki w gaźniku.

Wszystkie maluchy gotowe, jedziemy dalej! Na noc dojeżdżamy do Charkowa, robimy karkołomny POM /powolny objazd miasta/ pomiędzy tysiącem wysepek, dziur, kolein, krawężników i innych niebezpieczeństw czyhających aby znienacka uszkodzić nasze maluszki i wyjeżdżamy na obwodnice miasta kierując się dalej na wschód. Nocleg zorganizowaliśmy sobie o 3 nad ranem przy pomniku obrońców Lugańska, śpimy 6 godzin i kierujemy się na przejście pomiędzy Ukrainą i Rosją za miejscowością Krasnodon. Na miejscu jesteśmy o 11:40, ukraiński celnik dziwi się że w paszporcie mamy tylko jedną pieczątkę - potwierdzającą nasz wjazd do Ukrainy a nie mamy pieczątki potwierdzającej nasz wyjazd - czysty absurd, przecież taką pieczątkę powinien wbić nam właśnie on! Ale nie, dla niego to problem, on takiej pieczątki wbić nie może, każe nam jechać po nią na inne przejście (300km z miejsca w którym się znajdujemy) i mówi że może tam nam ją wbiją, no chyba że damy mu po 50 $ od auta to wtedy "no problem". Długa pertraktacja z celnikiem i telefon do konsulatu w Charkowie załatwił sprawę i jednak opuściliśmy terytorium Ukrainy za darmo.
No nie tak do końca za darmo bo na kolejnej bramce mieliśmy do wyboru całkowite rozpakowanie maluchów i sprawdzanie bagaży albo małą opłatę dla służbistów którzy w zamian przymkną oko i pozwolą nam jechać dalej. Tym razem 10 $ i bryłka soli z Wieliczki załatwiły sprawę.

Teraz Rosja. Szok. Dzicz.

Rosyjscy celnicy kazali nam wypakować dosłownie wszystko z maluchów które każdy z nas pakował po 2 dni, a teraz mamy 30 minut na ich rozpakowanie i ponowne zapakowanie. Najdziwniejsze jest to, że całej akcji towarzyszył uśmiech, serdeczność i zarówno nas jak i rosyjskich celników nie opuszczało poczucie humoru - oni musieli zrobić swoje - my swoje.

20 metrów za szlabanem mateczka Rosja przywitała nas najlepiej jak tylko można to sobie wyobrazić. Miejscowe chłopaki, wożące się "wypasioną" Ładą Samarą z neonami, halogenami i milionem watów mocy muzycznej kazali nam jechać za sobą, pokazali nam gdzie bankomat, gdzie sklep, wszystko to w akompaniamencie rosyjskiego punk-rocka i szampana lejącego się strumieniami który symbolizował radość ze spotkania z bratnim narodem Polaków. Chłopaki wywieźli nas za miasto, nakupili nam piwa, precelków i innych niezbędnych do przeżycia w Rosji artykułów. Zatrzymaliśmy się na poboczu, wyszliśmy z aut, Rosjanie kazali nam powąchać powietrze aby poczuć zapach stepu. Niesamowite wrażenie!

Rano, po noclegu na stepie, ruszyliśmy w kierunku Wołgogradu. Po drodze Damian naprawił koło które przebił kilkaset kilometrów wcześniej. Ok. 70 km przed Wołgogradem znaleźliśmy miejscówkę nad Donem gdzie mogliśmy się wykąpać, umyć i odprężyć.

Nagle przydarzyła nam się mała tragedia. Wrotkowi odnowiła się kontuzja po wypadku w Polsce i podczas kąpieli wypadł mu bark! Wezwaliśmy karetkę, przyjechali w miarę szybko, dali mu dwa zastrzyki ze strzykawki trochę większej niż flaszka którą przed akcją wypił sanitariusz. Wyposażenie karetki stanowiło: nosze, używane prześcieradło, metalowa skrzynka służąca za apteczkę, dwa kanistry na paliwo, saperka i przyspawany do podłogi taboret na którym siedziała pielęgniarka.
Sala przyjęć w szpitalu wyglądała następująco: wszystkie pomieszczenia oddzielone były kotarami, kroplówka do której podłączeni byli inni pensjonariusze kliniki wykonane były ze słoików, przyrządy chirurgiczne wisiały na ścianie niczym klucze w zakładzie mechanicznym.

Żal nam jedynie lekarzy i pielęgniarek którym przyszło pracować w takich warunkach. Wspaniali ludzie, uśmiechnięci, gotowi do pomocy, nie zadając zbędnych pytań naprawili Wrotka całkowicie za darmo i mogliśmy ruszyć dalej.


Na wieczór dojechaliśmy do Wołgogradu, skontaktowaliśmy się z poznanym przez internet Siergiejem i udaliśmy się na nocleg do jego apartamentu w samym sercu dawnego Stalingradu.



Do usłyszenia z kolejnych etapów.
Załoga Rajdu Lajkonika


Tekst RL



Ukraina

09-08-2008 do 11-08-2008 09:10UTM
Po krótkim dosłownie przejazdowym zwiedzaniu Kijowa pomknęliśmy dale - kierunek Harków. Za Kijowem jechaliśmy prawdziwą autostradą jakiej u nas nie uświadczy... 4pasy w jednym kierunku, świetlne tablice informacyjne, niemal jak w Niemczech - były tylko 2 różnice: ograniczanie prędkości do 130km/h i koniec autostrady po kilkudziesięciu kilometrach :(
O zmroku znaleźliśmy zaciszne miejsce obok drogi (50.303348°N 31.245057ºE) i przy reflektorach i ognisku rozbiliśmy obozowisko.

O świcie ruszyliśmy dalej na wschód.
Po kilku kilometrach Biały maluch postanowił wymienić sprężyny tylnego zawieszenia, by nie trzeć na każdej koleinie o asfalt - chłopcy zabrali nieco za dużo żelastwa.. jakieś klucze i części zamienne, na co im to? Nie wiem przecież Maluchy się nie psują!
W czasie całej operacji która odbywała się na stacji paliw wzbudzaliśmy ogromne zainteresowanie panów z obsługi, efektem czego była którka rozmowa i obowiązkowe wypicie z nimi 3x50ml ichniejszego trunku ;) oraz krótki prysznic pod wężem ogrodowym.

Stanowczo mniej polskich TIR-ów jest za Kijowem, już ciężej nam się dopytać o patrole milicji, ale póki co jedziemy bez kolejnego "mandatu"...

Jedziemy jak najdalej - tak postanowiliśmy i przemykając wieczorem przez Harków, gdzie ludzie machali i trąbiąc pozdrawiali nas robiąc zdjęcia, zapędziliśmy się prawie pod granice z Rosją (jakieś 40km przed). Po całonocnej jeździe zrobiliśmy "obozowisko" koło pomnika ofiar z 1919 roku. Przespaliśmy kilka godzin w śpiworach pod gołym niebem i około południa tutejszego szasu wystartowaliśmy na biurokratyczne potyczki przy przekraczaniu granicy.

Podsumowując poranek dodam że była jeszcze wymiana uszczelki gaźnika w czerwonym bolidzie, a żółtemu powyżej 75km/h dzwoni cosik w silniku... ale my nadal nieustraszenie mkniemy przed siebie :)

 1   2  3  4  5  6  7  8  9